sentio@polskiinstytutistdp.pl

Czy miłość potrzebuje ryzyka?

O bliskości, lęku i obronach w perspektywie ISTDP

Dlaczego właśnie wtedy, gdy zaczyna nam naprawdę zależeć, pojawia się lęk? Z perspektywy ISTDP to nie miłość jest problemem, lecz ryzyko związane z bliskością: możliwość odrzucenia, utraty kontroli, zależności, konfliktu czy bolesnej straty. Na przykładzie dwóch historii klinicznych przyjrzymy się mechanizmom, które mają chronić przed cierpieniem, a w rzeczywistości podtrzymują samotność i utrudniają budowanie prawdziwej, satysfakcjonującej relacji.

Autor: Paweł Bulanda

Z tego artykułu dowiesz się:

  • dlaczego miłość i bliskość mogą wywoływać lęk,
  • jak mechanizmy obronne utrudniają tworzenie relacji,
  • dlaczego unikamy miłości, mimo że jej pragniemy,
  • jak nadzieja może chronić przed przeżyciem rozstania i żałoby,
  • w jaki sposób zdrada może być ucieczką przed przywiązaniem,
  • jak ISTDP pomaga odzyskać zdolność do autentycznej bliskości.

Streszczenie

Nasza ostatnia konferencja o miłości natchnęła mnie do podzielenia się odrobiną własnych doświadczeń i przemyśleń związanych z kochaniem, ryzykiem i cierpieniem, które często przyprowadza do nas pacjentów szukających odpowiedzi albo przynajmniej ulgi.

Miłość kojarzymy zwykle z ciepłem, bezpieczeństwem i ukojeniem. A jednak w mojej pracy terapeutycznej raz po raz widzę, że właśnie tam, gdzie zaczyna nam naprawdę zależeć, często pojawia się lęk. Pacjenci z którymi pracuję często tęsknią za bliskością, a jednocześnie wycofują się, dystansują, ironizują, zamrażają albo próbują kontrolować utrzymując dystans i samotność….

W tym tekście postaram się pokazać, że z perspektywy ISTDP problemem nie jest miłość, lecz ryzyko, które wiąże się z jej przeżywaniem: ryzyko odrzucenia, zależności, utraty kontroli, konfliktu i żałoby. Pokażę to także na dwóch zanonimizowanych przykładach klinicznych: pacjenta, który mimo odrzucenia trzyma się nadziei i nie chce zmierzyć się z rozstaniem, oraz pacjentki, która boi się silnego przywiązania i nie widzi, że własne zdrady utrzymują ją w samotności i nie nasycają prawdziwą relacją.

Miłość nie boli. Boli ryzyko, które trzeba podjąć, żeby kochać

Często słyszę, że „miłość boli”. Rozumiem to zdanie. Kiedy ktoś odchodzi, zdradza, milczy, odrzuca albo nie odpowiada na nasze uczucie, ból bywa ogromny. Ciało reaguje jak na zagrożenie. Ściska się żołądek, znika sen, pojawia się napięcie w klatce piersiowej. Człowiek może zostać upokorzony, porzucony, czuć przygnębienie, wściekłość albo pustkę i rozpaczliwą zależność. W takim stanie łatwo uznać, że to miłość jest źródłem cierpienia.

Myślę o tym inaczej. Miłość sama w sobie nie boli. Boli raczej to, że kiedy kochamy, stajemy się podatni na zranienie. Nie da się naprawdę kochać i jednocześnie całkowicie kontrolować tego, co zrobi druga osoba. Nie da się być blisko i równocześnie pozostać nietykalnym. Miłość wymaga odsłonięcia się. A odsłonięcie się oznacza ryzyko: ktoś może nas nie wybrać, źle zrozumieć, zawieść, opuścić albo zobaczyć w nas coś, czego sami się wstydzimy.

Dlatego w pracy z pacjentami coraz mocniej widzę, że miłość jest jednym z najbardziej odważnych doświadczeń psychicznych. Nie dlatego, że zawsze jest dramatyczna. Przeciwnie: najważniejsze akty odwagi w relacji bywają małe. Powiedzieć: „zależy mi”. Przyznać: „boję się, że cię stracę”. Zostać w rozmowie, kiedy chciałoby się wyjść. Zobaczyć własną zazdrość, gniew, tęsknotę, poczucie winy. Przestać udawać, że nic się nie stało.

Bliskość i lęk często idą razem

W ISTDP uczę się patrzeć na cierpienie pacjenta nie tylko przez pryzmat wydarzeń, które go spotkały, ale także przez pryzmat sposobów, w jakie próbuje nie czuć tego, co te wydarzenia w nim poruszają. Gdy uczucia stają się zbyt intensywne, uruchamia się lęk, a wraz z nim obrony: wycofanie, racjonalizacja, ironia, kontrola, samokrytyka, pogarda, zamrożenie, atakowanie siebie albo drugiej osoby. Obrona ma chronić, ale w praktyce często chroni również przed tym, czego najbardziej pragniemy: przed bliskością, zaufaniem i żywym kontaktem z drugim człowiekiem (Abbass, 2015; Frederickson, 2013).

Dlatego w gabinecie staramy się odróżniać trzy rzeczy: uczucia, lęk i obrony. Pacjent może powiedzieć: „Nie chcę już nikogo kochać, bo to mnie niszczy”. Słyszę wtedy nie tylko decyzję. Słyszę także możliwy ból po stracie, gniew po zranieniu, tęsknotę za więzią i lęk przed ponownym odsłonięciem. Jeśli zatrzymam się na samej deklaracji, mogę niechcący uznać wycofanie za rozsądną strategię. Jeśli zobaczę, że wycofanie jest obroną, otwiera się inna możliwość: pacjent nie musi rezygnować z miłości, może uczyć się przeżywać uczucia bez uciekania od siebie.

W pracy z parami i z osobami po rozstaniach spotykam się też z czymś bardzo ważnym: największym zagrożeniem dla relacji nie zawsze jest konflikt. Czasem większym zagrożeniem jest unikanie konfliktu. Kłótnia może ranić, ale bywa też rozpaczliwą próbą dotarcia do siebie: „zobacz mnie”, „usłysz mnie”, „nie odchodź”. Emocjonalne wycofanie jest cichsze, ale często bardziej niszczące. Relacja nie pęka wtedy nagle. Ona powoli traci tlen. Terapia jest po to by pomóc oswoić swoje ciało z przeżywaniem emocji i nie bać się gniewu. Bo to lęk karze zamknąć go i całego siebie albo wyrzucić w postaci raniących eksplozji. „oswojony” gniew pozwala trzeźwo myśleć i dobierać słowa tak, by wyrazić siebie bez ranienia.

Paradoks: szukam miłości i robię wszystko, żeby jej uniknąć

W gabinecie często spotykam osoby, które mówią, że pragną bliskości, a jednocześnie mają bardzo skuteczne sposoby, by jej nie dopuścić. Ktoś wybiera partnerów niedostępnych. Ktoś wchodzi w relację, ale szybko zaczyna testować, prowokować, dystansować się albo dewaluować drugą osobę. Ktoś opowiada o samotności, a gdy terapeuta zbliża się emocjonalnie do sedna sprawy, pacjent żartuje, zmienia temat albo mówi z pogardą: „ta wasza terapia”.

Z zewnątrz może to wyglądać jak decyzja i wybór. Ja coraz częściej rozumiem to jako konflikt wewnętrzny: jedna część osoby tęskni za miłością, a inna część broni się przed lękiem, bólem, gniewem, poczuciem winy lub żalem, które bliskość uruchamia. Im bardziej komuś zależy, tym większe może być napięcie. Najsilniejsze obrony pojawiają się czasem nie wtedy, gdy jesteśmy nienawidzeni, lecz wtedy, gdy jesteśmy kochani. Bo wtedy nie można już ukryć, że nam zależy.

Wielokrotnie widziałem, że miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się zarządzanie wizerunkiem. Dopóki pokazuję tylko najlepszą wersję siebie, mogę być podziwiany, ale niekoniecznie kochany. Podziw dotyczy obrazu. Miłość dotyczy osoby. A osoba jest żywa, złożona, czasem zawstydzona, czasem zazdrosna, czasem bezradna, czasem bardzo potrzebująca. Ryzyko miłości polega na tym, że pozwalam komuś zobaczyć nie tylko moją sprawność, dowcip i kompetencję, ale także moje drżenie.

Przykład 1: nadzieja, która chroni przed rozstaniem

Poniższe przykłady są zbiorem moich doświadczeń z pracy z terapeutycznej. Nie opisują konkretnych pacjentów, lecz wybrane sytuacje, z którymi spotkam się w pracy terapeutycznej. Chcę raczej pokazać sposób myślenia ISTDP, a nie modelowy zapis sesji.

Wyobraźmy sobie Marka. Partnerka zdradziła go i jasno powiedział, że chce odejść. Marek mówi, że „wie, jak jest”, ale codziennie sprawdza telefon, analizuje jej wiadomości, szuka znaków, że ona „jeszcze nie zamknęła drzwi”. Mimo odrzucenia wciąż ma nadzieję. Nie dlatego, że jest naiwny. Raczej dlatego, że przyjęcie prawdy o rozstaniu otworzyłoby falę bólu, gniewu, upokorzenia i żałoby, której ciało i umysł wydaje się nie móc zmieścić i broni się przed nim wszelkimi sposobami przedłużając de facto cierpienie.

Terapeuta: Kiedy mówi pan: „ona jeszcze może zrozumieć”, co pan czuje teraz w ciele?

Pacjent: Ściska mnie w brzuchu. Ale nie chcę o tym mówić. Ja wiem, że ona wróci, tylko teraz jest pogubiona.

Terapeuta: Słyszę, że ta nadzieja bardzo pana trzyma. I jednocześnie widzę napięcie w ciele. Czy możemy sprawdzić, przed czym ta nadzieja pana chroni?

Pacjent: Przed niczym. Po prostu znam ją. Ona tak ma.

Terapeuta: Możliwe. A gdybyśmy na chwilę nie uciekali w jej psychologię: jeśli to naprawdę koniec, jeśli ona wybrała odejście, co pojawia się w panu wobec niej?

Pacjent: Nie chcę tego słyszeć. To jest okrutne. Pan mnie w ogóle nie rozumie… czemu pan się tak upiera przecież jej pan nie zna!

Terapeuta: Rozumiem. Nie mówię tego, żeby pana zranić. Mówię, bo widzę, że część pana wciąż czeka przy zamkniętych drzwiach, a inna część już cierpi. Co pan czuje do niej, kiedy widzi pani, że odeszła?

Pacjent: Jestem wściekły. I zaraz potem myślę, że nie powinienem, bo może wtedy już naprawdę nie wróci, a przecież to w dużej mierze moja wina, ja za bardzo chciałem i naciskałem….

Terapeuta: Czyli złość pojawia się natychmiast, a potem nadzieja zatrzymuje pana przed jej przeżyciem. Jakby złość była zdradą tej relacji. W konsekwencji woli pan złość skierować do siebie obwiniając się…

Pacjent: Tak. Bo w taki sposób wychodzi na to, że ja ją opuszczam.

Terapeuta: A może to ona pana opuściła, a pan nadal próbuje ją chronić przed swoją złością i swoim bólem?

Pacjent: To mnie rozwala. Bo wtedy musiałbym uznać, że to naprawdę koniec.

Terapeuta: I właśnie tutaj jest ryzyko. Nie chodzi o to, żeby przestał pan kochać na siłę. Chodzi o to, żeby mógł pan poczuć prawdę: miłość, złość, ból i stratę. Bez tej prawdy nadzieja staje się nie mostem do relacji, ale sposobem, żeby nie wejść w żałobę i trwać tak pod jej drzwiami – jak długo potrzebuje pan utrzymywać siebie w takim zawieszeniu…?

W takim momencie staram się nie zabierać pacjentowi nadziei brutalnie. Raczej próbuję pomóc zobaczyć, jak nadzieja może pełnić funkcję obronną. Nadzieja sama w sobie jest piękną ludzką zdolnością. Ale gdy staje się zaprzeczeniem rzeczywistości (Frederickson, 2013), może więzić człowieka w poczekalni życia: nie ma już relacji, ale nie ma też żałoby, decyzji i powrotu do siebie.

Przykład 2: zdrada jako ucieczka przed przywiązaniem

Drugi przykład dotyczy innego rodzaju ryzyka. Wyobraźmy sobie Annę, która mówi, że marzy o głębokiej, wiernej relacji. Jednocześnie, gdy partner zaczyna być naprawdę blisko, Anna nawiązuje romanse. Tłumaczy to potrzebą wolności, temperamentem albo tym, że „nikt nie da jej wszystkiego”. Nie widzi jeszcze, że własne zdrady nie dają jej wolności, lecz utrzymują ją w samotności i w ciągłym nienasyceniu prawdziwą relacją.

Terapeuta: Mówi pani, że chce pani bliskości, a jednocześnie, gdy partner staje się ważny, pojawia się ktoś trzeci. Jak pani rozumie ten moment?

Pacjentka: Nie wiem. Po prostu zaczynam się dusić. Ten drugi mężczyzna daje mi oddech.

Terapeuta: Od czego pani wtedy potrzebuje oddechu: od partnera czy od własnego przywiązania do niego?

Pacjentka: Od przywiązania chyba. To brzmi okropnie, ale kiedy on mówi, że mnie kocha, ja panikuję.

Terapeuta: Co pani czuje do niego, kiedy on panią kocha?

Pacjentka: Czułość. I strach. Jakby zaraz miał mnie połknąć albo jakbym ja miała zniknąć.

Terapeuta: I wtedy zdrada daje ulgę, bo odcina panią od tej zależności. Przez chwilę czuje się pani wolna. A jaka jest cena?

Pacjentka: potem jak ochłonę czuję się okropnie…Jestem sama. Nawet jak jestem z kimś, to jestem sama….

Terapeuta: To wydaje mi się bardzo ważne. Zdrada chroni panią przed lękiem przed przywiązaniem, ale jednocześnie odbiera pani szansę, żeby nasycić się prawdziwą relacją. Jak pani to czuje teraz, mówiąc to?

Pacjentka: Smutno. I wstyd. Bo ja mówię, że oni mnie nie kochają wystarczająco, a może to jednak problem jest we mnie… wychodzi na to, że to ja uciekam, kiedy ktoś mi mówi to swoje „kocham”.

Terapeuta: Czy możemy zostać przy tym bez oskarżania pani? Nie po to, by panią zawstydzić, tylko żeby zobaczyć mechanizm i odruch jaki panią rządzi. Jedna część pani tęskni za miłością. Druga część boi się, że miłość oznacza utratę siebie. I ta druga część niszczy więź, zanim więź stanie się naprawdę ważna.

Ten przykład jest szczególnie delikatny, bo łatwo przejść w moralizowanie. W ISTDP nie chodzi o potępienie pacjentki ani o usprawiedliwianie krzywdzących zachowań. Chodzi o uczciwe zobaczenie ceny obrony. Zdrada może być agresją wobec partnera, ale może też być agresją wobec własnej potrzeby więzi. Pacjentka nie tylko rani kogoś. Ona także odbiera sobie to, czego najbardziej pragnie.

Po co nam ryzyko w terapii?

W obu przykładach unikam pocieszania czy dawania prostych rad i nie próbuję naprawić życia pacjentki za nią. Staram się pomóc jej zobaczyć obronę, lęk i uczucia. W pierwszym przykładzie nadzieja chroni przed żałobą. W drugim zdrada chroni przed lękiem przed przywiązaniem. W obu przypadkach mechanizm, który ma chronić, zaczyna więzić.

W moim doświadczeniu terapia nigdy nie jest tylko rozmową o relacjach. Terapia sama jest relacją. Pacjent nie przynosi do gabinetu wyłącznie opowieści o swoich związkach. Przynosi również swoje sposoby bycia w relacji (Frederickson, 2013): dystans, uległość, kontrolę, uwodzenie, walkę, pogardę, zawstydzenie, wycofanie. Jeśli ktoś całe życie bronił się przed bliskością, będzie się bronił także przed bliskością z terapeutą. I to nie jest przeszkoda poboczna. To często jest sedno pracy.

W ISTDP terapeuta stara się być aktywny, uważny i emocjonalnie zaangażowany. Nie rozumiem tego jako presji dla samej presji. Rozumiem to raczej jako zachęcenie do wspólnego zobaczenie mechanizmu, który pacjenta więzi i zmierzenia się z uczuciami, od których go odgradza. Gdy na przykład pacjent z pogardą mówi: „ta wasza terapia jest g… warta”, terapeuta nie musi przyjmować tego jako osobistego ataku ani odpowiadać obronnie. Może powiedzieć: „To nie umniejsza mnie ani mojej pracy, ale widzę, że obrzydza pan sobie coś, z czego mógłby pan skorzystać pracując ze mną”. Takie zdanie, jeśli jest wypowiedziane z troską i precyzją, może pomóc pacjentowi zobaczyć cenę własnej obrony (fragment superwizji Tobias Nordquist).

Dla mnie ryzyko w terapii nie oznacza chaosu ani brutalności. Oznacza zgodę na prawdę emocjonalną. Pacjent ryzykuje, że przestanie ukrywać się za objawem, narracją albo wizerunkiem. Terapeuta ryzykuje, że będzie naprawdę obecny: nazwie unikanie, zatrzyma się przy bólu, nie ucieknie w technikę wtedy, gdy potrzebny jest kontakt. Obie strony ryzykują spotkanie.

Co z tego wynika dla pacjenta i terapeuty?

Pacjentom często próbuję przekazać prostą myśl: jeśli boję się bliskości, to nie znaczy, że jestem niezdolny do miłości. Może znaczyć, że miłość porusza we mnie uczucia, których kiedyś nie dało się bezpiecznie przeżyć. Obrony, które dziś niszczą relacje, kiedyś mogły ratować przed przytłoczeniem, odrzuceniem albo samotnością i bólem nie do zniesienia. Problem w tym, że obrona, która kiedyś pomagała przeżyć lub wytrzymać, dziś ogranicza i przeszkadzać żyć pełnią życia.

Jako terapeuta staram się pamiętać, że pod obroną często jest tęsknota. Pod pogardą może być wstyd i potrzeba. Pod kontrolą może być lęk przed zależnością. Pod wycofaniem może być złość i rozpacz. Pod chłodem może być miłość, której pacjent boi się dotknąć. Jeśli widzę tylko obronę, mogę się zniechęcić. Jeśli widzę wyłącznie cierpienie, mogę chcieć zacząć ratować i radzić a przez to wzmacniać bezradność. Moim zadaniem jest widzieć jedno i drugie: cierpiącą osobę oraz mechanizm, który utrzymuje cierpienie.

W tym sensie na pytanie „czy miłość potrzebuje ryzyka?” odpowiadam: tak, ale nie chodzi o ryzyko dramatyczne, romantyczne czy autodestrukcyjne. Chodzi o ryzyko emocjonalnej prawdy. O ryzyko powiedzenia „potrzebuję”, „boję się”, „jestem zły”, „tęsknię”, „kocham”, „to mnie zraniło”. Chodzi o ryzyko pozostania w kontakcie, kiedy automatycznie chcemy uciec albo zamknąć się w sobie i zamilknąć.

Zakończenie

Lubię myśleć, że miłość bez ryzyka przypomina pływanie z jedną nogą na brzegu. Można długo udawać, że jest się w wodzie, ale nie da się naprawdę zanurzyć. Podobnie można być w relacji, a jednak nie pozwolić się zobaczyć. Można być rozsądnym, atrakcyjnym, opanowanym i samowystarczalnym, a jednocześnie pozostać bardzo samotnym.

ISTDP przypomina mi, że energia do życia jest energią uczuć. Tłumienie uczuć bywa czasem konieczne, ale gdy staje się stylem życia, odcina nas od bliskości, od żałoby, od gniewu, od czułości i od odwagi. Miłość nie wymaga braku lęku. Wymaga gotowości, by nie oddawać lękowi całego steru. Może więc pytanie nie brzmi: „czy znajdę właściwą osobę?”. Może brzmi: „czy pozwolę się naprawdę zobaczyć, gdy właściwa osoba będzie blisko?”.

Bibliografia

Abbass, A. (2015). Reaching through resistance: Advanced psychotherapy techniques. Seven Leaves Press.

Abbass, A., Town, J., & Driessen, E. (2012). Intensive short-term dynamic psychotherapy: A systematic review and meta-analysis of outcome research. Harvard Review of Psychiatry, 20(2), 97–108. https://doi.org/10.3109/10673229.2012.677347

Davanloo, H. (2000). Intensive short-term dynamic psychotherapy: Selected papers of Habib Davanloo, M.D. Wiley.

Frederickson, J. (2013). Co-creating change: Effective dynamic therapy techniques. Seven Leaves Press.

Tobias Nordquist (2026) Superwizja

pawel-bulanda

Paweł Bulanda

Szkolę się i pracuję jako psychoterapeuta od 2001 roku.

Zaczynałem od szkoleń w nurcie NLP, kolejno Gestalt, psychoterapia psychoanalityczna indywidualna i grupowa. Odbyłem pełne studia dla terapeutów w Laboratorium Psychoedukacji oraz studia terapii grupowej Rasztów. Szkoliłem się w GATLA (Gestalt Therapy Institute of Los Angeles).

Od 2010 roku zafascynowałem się ISTDP (Intensywna Krótkoterminowa Psychoterapia Dynamiczna). Tej wyjątkowo skutecznej metody pracy uczyłem się u wybitnych nauczycieli, między innymi: Jon Frederickson / Allan Abbass / Josette ten Have-de Labije / Tobias Nordqvist / Patricia Coughlin / Joel Town.

Ich umiejętności, wiedza, wartości i kultura pracy ukształtowały mnie i są ciągłą inspiracją. Dzięki ich nauce i superwizji już od ponad 25 lat pomagam pacjentom i stale rozwijam swoje umiejętności.

Poza psychoterapią jestem też założycielem firmy doradczej InConsulting (www.inconsulting.pl), gdzie pracuję jako konsultant biznesu, coach i trener.

Jestem w trakcie pisania książki, która jest zbiorem moich doświadczeń i odpowiedzią na wiele pytań, które pojawiają się podczas sesji terapeutycznych.

Zapisz się na newsletter

Dzielimy się wartościową wiedzą o ISTDP,
a do tego nic Cię nie ominie.

Przy zapisie otrzymasz kalendarz na 2026
oraz
pakiet nagrań symulacji sesji terapeutycznych